O babcinych bratkach
Pięknie kwitnące drzewa wiśni,
słoneczne niebo i śpiew ptaków, rześkie wiosenne powietrze i ten
beztroski klimat. Wieś, zabawy, nocne harce, wyprawy na „piaski”,
do lasu, nad rzekę i łapanie chrabąszczy. Tak, to ćwiartka mojego
dzieciństwa pełnego wspomnień. Można do tego dorzucić jeszcze
wożenie kota w wózku na mleko, wyczekiwanie na Zajączka z Bacią i
codzienne przedkolacyjno-procesyjne wychodne do Byczka po mleko,
które było pewnego rodzaju formą wchodzenia na „pudelka”.
Obudził mnie odgłos pralki, nie tam
żadnej BECO czy AMICA, tylko rodowitej pralki firmy Frania!
Śniadanie? Cudowna słodka chałka z równie słodkim miodem oraz
ulubione chipsy Cheetos w formie cebulowych piłeczek footbolowych,
które można było nabyć wyłącznie u samochodowego sklepikarza. W
porywach zamiast bułki, konsumowało się cebularze pokryte cienką
warstwą maku. Żeby móc wybiec z drewnianej chałupy i zaniknąć
na cały dzień, pozostało tylko założyć niezobowiązujące
ubranie. Niezobowiązujące to znaczy wystarczająco dobre do
pokazania się ludziom i jednocześnie idealne do tego, żeby grzebać
się w śmietniku w celu poszukiwania szklanych butelek po piwach, by
potem wymienić je w Cemencie za całe 50 groszy! … które
natomiast dawało przyzwolenie do wejścia do baru i uraczenia się
truskawkowo-śmietankowymi lodami na patyku. Do biegu. Gotowi? Start!
Pierwszy obrazek po przekroczeniu progu, przy którym stała
wspomniana Frania, to klatka ze szczekającym owczarkiem niemieckim-
Szarikiem? Który to już z kolei? Trzeci, może piąty.
Zafascynowanie dziadka filmem „Czterej pancerni i pies” nie znało
granic. Tak samo jak jego znajomość języka francuskiego,
ujawniająca się wyłącznie po spożyciu mocniejszych trunków.
Żenepardeżerą. Oto jego całkowity zasób słownictwa, który
wystarczył na każdą rodzinną imprezę - wigilię i każde inne
spotkanie, którego nie można podać za podstawowy przykład
abstynencji. Wracając do obrazu psa. Za jego klatką można było
jeszcze zauważyć ogrodzenie dla kur i mini kurnik, składający się
z drewnianego pomieszczenia, o wymiarach 2x2x2 w których stały dwie
skrzynki wypełnione sianem. Bałam się tam wejść, ale pokusa
przyniesienia do domu jak największej ilości świeżych kurzych jaj
była silniejsza. Mama mamy zawsze przykazywała zostawiać jedno
jajko, żeby nioski wiedziały gdzie jest miejsce ich firmy, a
czasami także, by obudzić w nich instynkty macierzyńskie. Czasami
gdy było to niemożliwe, ale konieczne, nakładało się na taką
siedzącą kwokę wiadro.
Zaraz za microkurnikiem pomiędzy
stodołą a oborą, które były równie ciekawymi i pełnymi
tajemnic miejscami, stał on. Pan Orzech. Schodząc z patosu, był to
zwykły niezwykły orzech, który co roku wydawał plony w postaci
smacznych orzechów włoskich, które nielegalnie zrywało się
nawet, gdy były jeszcze w zielonych łupinach, roztrzaskiwało
skradzionym młotkiem i obierało ze skórki, która tymczasowo
zostawiała na dłoniach dowody zbrodni.
-Dziadkuuu, bo my chcemy huśtawkę,
zrobisz nam? Prosimy!
-Nie męczcie dziadka, on jest
zmęczony.
Zatem już wieczorem na jednej z gałęzi
owego orzecha widniało zwisające dyndadełko, dające tyle radości
i pisków co nie miara. Wystarczyły dwa sznurki do snopowiązałek i
jedna wystrugana drewniana deska (którą odwracało się za każdym
razem, gdy spadł deszcz, żeby nie siedzieć na mokrej stronie).
Przy tym naszym mini miasteczku zabaw, umieszczone były pustaki.
Poprzez wydłubywanie ich łyżeczką, dawały wspaniały „cukier
puder”, który był jedną z przypraw stosowanych w kuchni
zagospodarowanej właśnie na tych pustakach.
Spuszczając się ze smyczy,
wychodziło się na JUŻ asfaltówkę, po bokach której wysypany był
magiczny proszek, a mianowicie – mieszankę żużlu, piasku i
piaskowca. Dzięki ostatniemu z tych składników, pobocze drogi
robiło za nadmorskie przybrzeże, na którym można było znaleźć
odłamki muszelek.
Domek babci mieścił się we
wschodniej części obory – przedsionek (do którego trzeba było
wchodzić ostrożnie, by nie zastać babci korzystającej z
luksusowej toalety – wiadra) i dwa pokoje. A właściwie
pokojokuchnia i pomieszczenie na ubrania i kosmetyki, do którego
schodziło się trzy schodki w dół, bo był poniżej poziomu morza.
W pierwszym pomieszczeniu oprócz cywilizacyjnych wynalazków, stał
jeszcze stół, zasłonięty kotarą, na którym trzymano żywność
potrzebującą temperatury poniżej zera. Był on zatem swego rodzaju
lodówką, a czasem i zamrażalnikiem, ponieważ w zimie miejsce to
nie było ogrzewane. Pomieszczenie nr.2 wypełniał biały kredens, z
którego pamiętam szary papier toaletowy, różową kostkę mydła i
talerze, a przede wszystkim najwyższą półkę, gdzie znajdowały
się łakocie dla najczęstszego gościa tego domu- mnie. Do kredensu
przylegał krzywy, także biały taboret, a dalej stół, wielkie
łóżko, piecyk i maszyna do szycia, wiecznie przykryta żółto-białą
narzutą. Stół był jednak szczególnie ważnym elementem życia
codziennego, które się tu toczyło. Stało bowiem na nim radio,
zawsze nastawione na stację Radia Maryja oraz magiczne lusterko,
które pomimo swojej zwyczajności, budziło we mnie obawy, dlatego
też jeśliby na nie chcieć spojrzeć, to wyłącznie tylko na
chwilkę. A potem jeszcze raz i znowu, ale bez zachowywania ciągłości
w gapieniu się w szklaną taflę. Znad drugiego krańca stołu
wychylała się smukła, drewniana szafeczka, nie wiadomo dlaczego,
zamykana przez babcię na kluczyk. Na niej były porozkładane
bransolety cioci, duży krzyż oraz spodeczek ze wsuwkami do włosów
i szpilkami.
- Babciu, zagramy w pokemony?
- Ja nie umiem grać w te diabliska,
gdzieś to tak pasuje, żeby taka dziewczynka grała w takie diabły,
masz tutaj 50 zł, idź kup sobie w cemencie jakieś chipsy (te z
pokemonami), albo lody.
Uwielbiałam przesiadywać tam nocą,
gdy babcia nie używała światła, ale w zamian korzystała z
woskowych świec, stawianych w miednicę z wodą. Całą atmosferę
dopełniały skrzypiące polana w piecyku tzn. kuchence, na której
stał mój ulubiony ceramiczny garnek z krową. Łóżko, a raczej
łoże, zawsze było dokładnie pościelone, wygładzone i
wychuchane. Pierzyna ułożona w tajemniczy dla mnie sposób,
imitowała grube, bufiaste oparcie.
Wyszłyśmy przed dom, żeby móc
korzystać z cudownej letniej pogody. Pod oknem babcia wyczarowała
drewniana ławeczkę i stolik z ceratą. Bałam się pająków
korsarzy, ale ona mnie zawsze uspokajała, pokazywała jak skaczą
koniki polne, które tak bardzo chciałam oswoić i udeptywała
swoimi papuciami trawę, ponieważ była już z wysoka. Pod tym
stolikiem schowane były wszelkie urządzenia gospodarcze, z których
korzystała do uprawy kolorowego ogrodu – motyka, łopatka ze
złamanym trzonkiem i grabki, podobne do tych które miałam w
piaskownicy. Kolorowy
ogród, do którego już weszłyśmy, był bajecznym
miejscem, wypełnionym kolorowymi bratkami. Jeśli ktokolwiek w mojej
obecności wypowie słowo „bratek”, to wracam myślami do tamtych
chwil, gdy biegałam jak szalona po tym ogrodzie, szukałam
nieszczęsnego kreta ryjącego kopce i zaglądałam pomiędzy szpary
w drzwiach, zawieszonych pomiędzy jej „domem”, a drugim
opustoszałym budynkiem. Tak naprawdę, nie było tam nic
nadzwyczajnego. Od taka, sporych rozmiarów toaleta dla kotów oraz
miejsce do wylewania zlewek. Ale wtedy o tym jeszcze nie wiedziałam.
Przesiadywałyśmy na tej ławce, aż się ściemniało. Zapalone
latarnie, to był znak, że czas wyjść z powrotem na asfalt, by móc
oddać się pasjonującej grze w zbijanego, czy równie edukacyjnej
zabawie „udajemy pijaków”. Zbierały się dzieci z całej wsi i
nikt nie miał problemów z porwaniami, jeżdżącymi co jakiś czas
samochodami czy późną porą. Gdy krzykami byłyśmy przywoływane
do domu, na stole stała już kolacja i telewizor czekał włączony,
byśmy mogły skonsumować ową kolację w doborowym towarzystwie bajkowych przyjaciół. Najczęstszym daniem był
niesamowity ser biały z własnoręcznie zebraną śmietana i
czosnkiem. Za to niebo, można było nawet poświęcić kilka minut
zabawy.