czwartek, 14 czerwca 2018

O babcinych bratkach

Pięknie kwitnące drzewa wiśni, słoneczne niebo i śpiew ptaków, rześkie wiosenne powietrze i ten beztroski klimat. Wieś, zabawy, nocne harce, wyprawy na „piaski”, do lasu, nad rzekę i łapanie chrabąszczy. Tak, to ćwiartka mojego dzieciństwa pełnego wspomnień. Można do tego dorzucić jeszcze wożenie kota w wózku na mleko, wyczekiwanie na Zajączka z Bacią i codzienne przedkolacyjno-procesyjne wychodne do Byczka po mleko, które było pewnego rodzaju formą wchodzenia na „pudelka”.

Obudził mnie odgłos pralki, nie tam żadnej BECO czy AMICA, tylko rodowitej pralki firmy Frania! Śniadanie? Cudowna słodka chałka z równie słodkim miodem oraz ulubione chipsy Cheetos w formie cebulowych piłeczek footbolowych, które można było nabyć wyłącznie u samochodowego sklepikarza. W porywach zamiast bułki, konsumowało się cebularze pokryte cienką warstwą maku. Żeby móc wybiec z drewnianej chałupy i zaniknąć na cały dzień, pozostało tylko założyć niezobowiązujące ubranie. Niezobowiązujące to znaczy wystarczająco dobre do pokazania się ludziom i jednocześnie idealne do tego, żeby grzebać się w śmietniku w celu poszukiwania szklanych butelek po piwach, by potem wymienić je w Cemencie za całe 50 groszy! … które natomiast dawało przyzwolenie do wejścia do baru i uraczenia się truskawkowo-śmietankowymi lodami na patyku. Do biegu. Gotowi? Start! Pierwszy obrazek po przekroczeniu progu, przy którym stała wspomniana Frania, to klatka ze szczekającym owczarkiem niemieckim- Szarikiem? Który to już z kolei? Trzeci, może piąty. Zafascynowanie dziadka filmem „Czterej pancerni i pies” nie znało granic. Tak samo jak jego znajomość języka francuskiego, ujawniająca się wyłącznie po spożyciu mocniejszych trunków. Żenepardeżerą. Oto jego całkowity zasób słownictwa, który wystarczył na każdą rodzinną imprezę - wigilię i każde inne spotkanie, którego nie można podać za podstawowy przykład abstynencji. Wracając do obrazu psa. Za jego klatką można było jeszcze zauważyć ogrodzenie dla kur i mini kurnik, składający się z drewnianego pomieszczenia, o wymiarach 2x2x2 w których stały dwie skrzynki wypełnione sianem. Bałam się tam wejść, ale pokusa przyniesienia do domu jak największej ilości świeżych kurzych jaj była silniejsza. Mama mamy zawsze przykazywała zostawiać jedno jajko, żeby nioski wiedziały gdzie jest miejsce ich firmy, a czasami także, by obudzić w nich instynkty macierzyńskie. Czasami gdy było to niemożliwe, ale konieczne, nakładało się na taką siedzącą kwokę wiadro.

Zaraz za microkurnikiem pomiędzy stodołą a oborą, które były równie ciekawymi i pełnymi tajemnic miejscami, stał on. Pan Orzech. Schodząc z patosu, był to zwykły niezwykły orzech, który co roku wydawał plony w postaci smacznych orzechów włoskich, które nielegalnie zrywało się nawet, gdy były jeszcze w zielonych łupinach, roztrzaskiwało skradzionym młotkiem i obierało ze skórki, która tymczasowo zostawiała na dłoniach dowody zbrodni.

-Dziadkuuu, bo my chcemy huśtawkę, zrobisz nam? Prosimy!

-Nie męczcie dziadka, on jest zmęczony.

Zatem już wieczorem na jednej z gałęzi owego orzecha widniało zwisające dyndadełko, dające tyle radości i pisków co nie miara. Wystarczyły dwa sznurki do snopowiązałek i jedna wystrugana drewniana deska (którą odwracało się za każdym razem, gdy spadł deszcz, żeby nie siedzieć na mokrej stronie). Przy tym naszym mini miasteczku zabaw, umieszczone były pustaki. Poprzez wydłubywanie ich łyżeczką, dawały wspaniały „cukier puder”, który był jedną z przypraw stosowanych w kuchni zagospodarowanej właśnie na tych pustakach.

Spuszczając się ze smyczy, wychodziło się na JUŻ asfaltówkę, po bokach której wysypany był magiczny proszek, a mianowicie – mieszankę żużlu, piasku i piaskowca. Dzięki ostatniemu z tych składników, pobocze drogi robiło za nadmorskie przybrzeże, na którym można było znaleźć odłamki muszelek.

Domek babci mieścił się we wschodniej części obory – przedsionek (do którego trzeba było wchodzić ostrożnie, by nie zastać babci korzystającej z luksusowej toalety – wiadra) i dwa pokoje. A właściwie pokojokuchnia i pomieszczenie na ubrania i kosmetyki, do którego schodziło się trzy schodki w dół, bo był poniżej poziomu morza. W pierwszym pomieszczeniu oprócz cywilizacyjnych wynalazków, stał jeszcze stół, zasłonięty kotarą, na którym trzymano żywność potrzebującą temperatury poniżej zera. Był on zatem swego rodzaju lodówką, a czasem i zamrażalnikiem, ponieważ w zimie miejsce to nie było ogrzewane. Pomieszczenie nr.2 wypełniał biały kredens, z którego pamiętam szary papier toaletowy, różową kostkę mydła i talerze, a przede wszystkim najwyższą półkę, gdzie znajdowały się łakocie dla najczęstszego gościa tego domu- mnie. Do kredensu przylegał krzywy, także biały taboret, a dalej stół, wielkie łóżko, piecyk i maszyna do szycia, wiecznie przykryta żółto-białą narzutą. Stół był jednak szczególnie ważnym elementem życia codziennego, które się tu toczyło. Stało bowiem na nim radio, zawsze nastawione na stację Radia Maryja oraz magiczne lusterko, które pomimo swojej zwyczajności, budziło we mnie obawy, dlatego też jeśliby na nie chcieć spojrzeć, to wyłącznie tylko na chwilkę. A potem jeszcze raz i znowu, ale bez zachowywania ciągłości w gapieniu się w szklaną taflę. Znad drugiego krańca stołu wychylała się smukła, drewniana szafeczka, nie wiadomo dlaczego, zamykana przez babcię na kluczyk. Na niej były porozkładane bransolety cioci, duży krzyż oraz spodeczek ze wsuwkami do włosów i szpilkami.

- Babciu, zagramy w pokemony?

- Ja nie umiem grać w te diabliska, gdzieś to tak pasuje, żeby taka dziewczynka grała w takie diabły, masz tutaj 50 zł, idź kup sobie w cemencie jakieś chipsy (te z pokemonami), albo lody.

Uwielbiałam przesiadywać tam nocą, gdy babcia nie używała światła, ale w zamian korzystała z woskowych świec, stawianych w miednicę z wodą. Całą atmosferę dopełniały skrzypiące polana w piecyku tzn. kuchence, na której stał mój ulubiony ceramiczny garnek z krową. Łóżko, a raczej łoże, zawsze było dokładnie pościelone, wygładzone i wychuchane. Pierzyna ułożona w tajemniczy dla mnie sposób, imitowała grube, bufiaste oparcie.

Wyszłyśmy przed dom, żeby móc korzystać z cudownej letniej pogody. Pod oknem babcia wyczarowała drewniana ławeczkę i stolik z ceratą. Bałam się pająków korsarzy, ale ona mnie zawsze uspokajała, pokazywała jak skaczą koniki polne, które tak bardzo chciałam oswoić i udeptywała swoimi papuciami trawę, ponieważ była już z wysoka. Pod tym stolikiem schowane były wszelkie urządzenia gospodarcze, z których korzystała do uprawy kolorowego ogrodu – motyka, łopatka ze złamanym trzonkiem i grabki, podobne do tych które miałam w piaskownicy. Kolorowy ogród, do którego już weszłyśmy, był bajecznym miejscem, wypełnionym kolorowymi bratkami. Jeśli ktokolwiek w mojej obecności wypowie słowo „bratek”, to wracam myślami do tamtych chwil, gdy biegałam jak szalona po tym ogrodzie, szukałam nieszczęsnego kreta ryjącego kopce i zaglądałam pomiędzy szpary w drzwiach, zawieszonych pomiędzy jej „domem”, a drugim opustoszałym budynkiem. Tak naprawdę, nie było tam nic nadzwyczajnego. Od taka, sporych rozmiarów toaleta dla kotów oraz miejsce do wylewania zlewek. Ale wtedy o tym jeszcze nie wiedziałam. Przesiadywałyśmy na tej ławce, aż się ściemniało. Zapalone latarnie, to był znak, że czas wyjść z powrotem na asfalt, by móc oddać się pasjonującej grze w zbijanego, czy równie edukacyjnej zabawie „udajemy pijaków”. Zbierały się dzieci z całej wsi i nikt nie miał problemów z porwaniami, jeżdżącymi co jakiś czas samochodami czy późną porą. Gdy krzykami byłyśmy przywoływane do domu, na stole stała już kolacja i telewizor czekał włączony, byśmy mogły skonsumować ową kolację w doborowym towarzystwie bajkowych przyjaciół. Najczęstszym daniem był niesamowity ser biały z własnoręcznie zebraną śmietana i czosnkiem. Za to niebo, można było nawet poświęcić kilka minut zabawy.