czwartek, 5 grudnia 2019

Orzeźwienie światpoglądowe.

Kryzys wiary vs kryzys religijności.

Przestałam wierzyć we niektóre nauczania Kościoła... Czuję, że jest to dokładnie to samo uczucie, które spotkało mnie wtedy, gdy zrozumiałam, że moi rodzice są tylko ludźmi i popełniają błędy! Masę błędów. Okazało się, że nie są tacy dojrzali, jakimi się wydawali, albo przynajmniej jakimi ja ich chciałam widzieć. W Kościele wylało się szambo. Wyszły na jaw sprawy, których łatwiej było nie pokazywać, łatwiej było nie widzieć. Kryzys wiary w Kościół i jego nauczania. 

Kocham Kościół. Kocham być częścią tego, co sprawia, że odkrywam, że jest coś więcej niż tu i teraz. Kocham momenty, w których odnajduję Boga, w których Go "namacalnie czuję". Kocham kochać. Zdarza mi się czuć w Kościele wolność, być akceptowaną, niestety tylko wtedy, gdy spełniam pewne warunki... A jak nie spełniam? Jestem wykluczona.

Mam żal, że Ludzie Kościoła nie nauczyli mnie podstawowej umiejętności od której zaczyna się cała ewangelizacja tzn. pokochania samego siebie. Najważniejsze przykazanie miłości brzmi "Będziesz miłował Pana Boga swego, ze wszystkiego serca swego, ze wszystkich sił swoich, a bliźniego swego JAK SIEBIE SAMEGO".  Tymczasem za wiele razy usłyszałam w Kościele "Ty skończony grzesznik", "musisz się bardziej postarać", "idź do lekarza, żeby być normalną kobietą", "niewystarczająca", "grzeszna", "brudna", "nieczysta". Czuję, że wmawia mi się, że jestem śmieciem odnalezionym przez Boga.

Za mało się słyszy o Miłości Boga do człowieka, za wiele o grzechu i jego wadze. O grzechu, który jest przedstawiany jakby miał wielką moc, a przecież został już dawno pokonany na krzyżu.

Warunkowa miłość Kościoła i nagroda w postaci Komunii Św.
Jezus powiedział "bierzcie i jedzcie/pijcie z tego WSZYSCY", a do Komunii mogą przystępować tylko osoby w stanie łaski uświęcającej. W którym momencie Jezus zabronił "nieczystym" przychodzić do siebie? Wcale nie dziwię się, że wśród wiernych pokutuje przekonanie, że Komunia jest "nagrodą", a nie tak, jak powinno być- lekarstwem na naszą grzeszność.


niedziela, 17 marca 2019

Dwa słowa o cierpieniu...

Co mi daje cierpienie, kiedy nie widzę sensu w tym cierpieniu?
Żeby odpowiedzieć sobie na pytanie CO MI DAJE CIERPIENIE, trzeba się zapytać czym to cierpienie jest. Dla mnie cierpienie jest równoznaczne z NIEZGODĄ na zaistniałą sytuację. Cierpienie jest buntem. Kiedy mnie ktoś rani- cierpię, dlatego, że NIE CHCĘ, żeby ten ktoś to robił. Kiedy boli mnie głowa- cierpię, bo nie chcę przyjąć stanu, w którym znajduje się moje ciało. Kiedy brakuje mi pieniędzy, siły, wiary, miłości- cierpię, bo nie chcę, żeby tak było. Brak akceptacji. Podejście do sytuacji, z którymi chcemy się zgodzić i je negujemy, nic nam nie daje. Zaprzeczanie i ucieczka od tego co JEST, i walczenie o to, by było inaczej nie ma sensu. Jest natomiast inny sens cierpienia, który polega na podejściu do sytuacji i PRÓBIE akceptacji. Nie zawsze się udaje, ale chodzi o sam akt woli, który mówi: nie potrafię tego zmienić, nie mogę tego zmienić, akceptuję, że tak jest i pozwalam sobie CZUĆ BÓL i wszystkie inne emocje związane ze stanem, w którym się znajduje. Takie cierpienie ma sens, bo pozwala wzrastać i dojrzewać, a także paradoksalnie zwiększa szanse na zmianę owej sytuacji, niż wtedy, gdy ją negujemy. A nawet jeśli zmiana sytuacji jest niemożliwa, cierpiący może wyciągać z lekcji życia nauki dla siebie, pogłębiać swoje „ja”, stawać się kimś więcej i nie identyfikować się z cierpieniem tj. nie jest już ono mną, ale jest częścią mojego życia.

Dlaczego jedni ludzie cierpią bardziej, a inni mniej?
Według mnie najbardziej cierpią ci, którzy negują swoją sytuację i chcą ją odrzucić. Można również na to pytanie spojrzeć z szerszej perspektywy np. dlaczego jeden człowiek jest chory na chorobę śmiertelną, a drugi tylko na grypę? Odpowiedź nie jest oczywista i podlega wielu dywagacjom, ale trzeba się zapytać jakie są źródła cierpienia. Mi wydaje się, że są dwa. Cierpienie możemy zadawać sobie sami, bądź inni ludzie nam: świadomie bądź nie. Dodatkowo, trzeba wziąć pod uwagę, że każde ludzkie zachowanie wywiera wpływ na innych. Stąd też przykład z chorobami. Choroby są „wytworem” ludzkim. Wzięły się z sposobu istnienia i działania człowieka w środowisku. Jeśli jakiś ogrodnik pryska swoje warzywa i owoce nawozami szkodliwymi dla zdrowia, oczywistym jest, że będzie przez to wpływał na swoich klientów. Brak równowagi w cierpieniach różnych ludzi wynika zatem z faktu, że każdy z nas jest otwarty na różne wpływy, a także w różnych stopniach ranimy sami siebie.

Dlaczego dla większości ludzi łatwiej jest cierpieć "dla kogoś"?
Łatwiej jest cierpieć dla kogoś, bo to nadaje sensu temu cierpieniu. Niektórzy ludzie, nie potrafią go znaleźć w sobie, dlatego przerzucają to na drugie osoby. Dzieje się tak zwłaszcza w przypadku, gdy cierpiąca osoba kocha tę drugą i chce cierpieć, wierząc, że jest to jeden z objawów miłości.

Jakim cudem cierpienie może być strefą komfortu?
Nie spotkałam się nigdy z takim stwierdzeniem, aczkolwiek domyślam się o co może chodzić. Według mnie cierpienie jest strefą komfortu, wtedy gdy samo wyjście z owego cierpienia wymaga od człowieka stanowczej zmiany, podjęcia decyzji i wzięcia odpowiedzialności za to, co się dzieje. Wielu ludzi po prostu woli pozostać w bólu. Np. w domach, w których panuje przemoc, kobieta decyduje się na cierpienie, które w tym wypadku jest jej sferą komfortu i nie potrafi podjąć decyzji i porzuceniu partnera, gdyż to wymaga od niej stanowczości i wzięcia odpowiedzialności za całą sytuację tj znalezienie innego lokum, bądź wyrzucenie partnera, zaopiekowanie się dziećmi i ich przyszłością. Dodatkowo łączy się po z poprzednim pytaniem, gdyż wiele kobiet mówi, że „cierpią dla swoich mężów”, gdyż ci drudzy by sobie bez nich nie poradzili.

Czemu niektórzy ludzie cierpią tak mocno, że popełniają samobójstwo?
Dzisiaj właśnie we Wrocławiu popełnił samobójstwo jeden człowiek, wchodząc na słup wysokiego napięcia i zrzucając się z niego. Chwilę nad tym medytowałam i doszłam do wniosków... że musiał bardzo cierpieć bezsensownie, czyli nie zgadzać się na swoją sytuację. On odpychał swoje wnętrze, uczucia, nie chcąc ich. Zanegował siebie i swoje istnienie. Niestety nie udało się go uratować, choć całe miasto stanęło na jakiś czas. Być może jego cierpienie było pustką? Może już nie czuł wcale żadnych emocji i tak bardzo pragną poczuć cokolwiek.

Jak wyglądałaby radość i przyjemność, gdyby nie było cierpienia?
Radość i przyjemność nie są antonimem do cierpienia. Można być szczęśliwym człowiekiem i cierpieć. Można cierpieć i odczuwać przyjemność. Myślę wręcz, że połączenia pomiędzy tymi stanami są dosyć małe... i śmiem twierdzić, że brak cierpienia wcale nie oznacza radości, szczęścia. Cierpienie natomiast nie jest brakiem szczęścia, ale jak już wcześniej wspomniałam, jest walką ze swoją obecną sytuacją.


wtorek, 5 marca 2019

O tym kim jesteśmy i dlaczego zwykle o tym nie wiemy...

Cześć, jestem Agnieszka, mam kręcone włosy, brązowe oczy, pochodzę z Łabuń. Jestem starszą siostrą Dominiki, a także córką Mamy Madzi i Taty Antosia. Jestem też wnuczką Babci Krysi i Dziadka Józka oraz przyjaciółką moich przyjaciółek i wrogiem moich wrogów. Większość z nich pewnie zdefiniowałaby mnie jako przykładną katoliczkę, więc oto jestem- ja katoliczka. Kim jeszcze jestem? Coś czego nie zapomni podkreślić żaden wegetarianin, przy każdej nadarzającej się okazji! Tak, jestem wegetarianką. Studiuję filologię francuską. Jestem studentką! Poza tym nabyłam również umiejętność bycia klientką – salonu fryzjerskiego, kosmetyczki; bycia pasażerką – autobusu, metra, samolotu; bycia współlokatorką. Za granicami kraju, definiują mnie jako Polkę, więc oto jestem – ja Polka. Do tego „kim jestem” dorzuciłabym jeszcze: wolontariuszką, sąsiadką, przechodniem na ulicy i wynajmującą pokój na stancji. Lista ta nie ma końca. Jak pisał Gombrowicz w Ferdydurke, nie ma ucieczki od form. Zawsze jestem w którejś z tych wymienionych. Nawet pisząc ten tekst, jestem autorką... ale czy na pewno JESTEM?

Czy gdyby odebrać mi jeden z powyższych tytułów, już nie byłabym tym, kim jestem? Czy gdybym nagle przestała być studentką, córką, katoliczką, to nie byłabym już JA? Każdy z tytułów W Y M A G A ode mnie bycia jakąś. Definiuje mnie przez prymat tego JAKA POWINNAM BYĆ, a nie jaka już jestem. Więc powinnam szanować Rodziców, opiekować się młodszą siostrą, pamiętać o Dniu Babci i Dziadka, słuchać zwierzeń moich przyjaciółek, patrzyć się spod oka na wrogów, jako katoliczka- chodzić do kościoła, odmawiać paciorek, jako wege- nie jeść mięsa, walczyć z podmiotowym traktowaniem zwierząt, uczyć się przykładnie tego, co wykładają na uczelni. W środkach transportu, udostępniać miejsce starszym osobom, u fryzjera grzecznie uśmiechnąć się i podziękować za fryzurę, nawet gdybym kolejne godziny miała przepłakać nad zniszczonymi włosami, płacić czynsz za stancję, mówić Dzień dobry sąsiadkom, na ulicy, zachowywać odpowieni odstęp od obcych, nie zakłócając ich sfery prywatnej, szanować ciszę nocną, gdy ktoś śpi w pokoju obok. Pytam. Czy gdy nie zrobię nic z tych czynności... czy przestanę istnieć? Odrzucam te dyrdymały. 

Kim jestem? Wiem, że świat zewnętrzny, ani oczekiwania innych względem mnie, nie pozwolą mi odkryć tej prawdy. Szukam... i znajduję w sobie. W sercu. Cześć, jestem Agnieszka, z greckiego hagne - czysta, dziewicza, nieskalana. Jestem. Dzisiaj mam 16 lat. W moim sercu żyje 16-latka, niegotowa na to, co czeka jej 24-letnie ciało. Nieprzystosowana do dorosłego życia, niegotowa na cierpienie, niepewna, zlękniona, wahająca się, poszukująca, wątpiąca. Pragnę piękna. Pragnę miłości. Pragnę wolności. Jestem tym pragnieniem. W głębi mojego JA czuję, że jestem kobietą. Jestem pączkiem... kwiatu. Chcę zakwitnąć. Chcę być piękna. Przyglądam się bliżej tej 16latce. Spuściła głowę, chyba boi się mi spojrzeć w oczy, czuję jej zmieszanie. Stoi w sukience, którą nosi odkąd pamięta. Na sukience widzę plamy... Plamy z łez, które wylała, plamy z krwi zadanych ran, plamy radości, plamy sukcesów, przetarcia z żużlu, na który upadła, odciśnięte plamy ze złotych serc innych ludzi... Pytam czy zechciałaby się przebrać, ale ona nie chce jej zdjąć i wcale się jej nie dziwię. To jedna z najpiękniejszych sukienek jakie widziałam. Te trudne plamy tworzą idealny wzór, harmonię. Jeszcze chwilę temu, chciałam ją przebrać w inne suknie, te, które dostałam z ust innych ludzi. Suknie z napisem „jestem grzeczna”, „mówię dzień dobry”, „pomogę Ci Mamo”... Teraz podnoszę jej podbródek i spoglądam w jej oczy. Przeszklone, ale ze szczęścia, słyszę cichutko: jak dobrze, że mnie znalazłaś.

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

O jaki świat dziś walczysz? Jaki świat ci się marzy? Fisz Emede

Mi to się marzy świat, w którym mogłabym być sobą, w którym każdy mógłby być sobą... A różnice pomiędzy ludźmi byłyby zaletami, a nie wadami. Świat, w którym zasady, przykazania byłyby postrzegane jako drogocenne drogowskazy pomagające w życiu, a nie jako ciążąca kula u nogi. Świat, w którym bycie smutnym, brudnym, ubogim, bezdomnym czy grzesznych nie łączyłoby się z postrzeganiem człowieka jako bezwartościowego. Świat, w którym każdy znałby swoją wartość i nie musiałby jej szukać w taki sposób, który doprowadza mnie do braku wiary w ogólnie pojętą ludzkość. Niebo mi się marzy.

czwartek, 14 czerwca 2018

O babcinych bratkach

Pięknie kwitnące drzewa wiśni, słoneczne niebo i śpiew ptaków, rześkie wiosenne powietrze i ten beztroski klimat. Wieś, zabawy, nocne harce, wyprawy na „piaski”, do lasu, nad rzekę i łapanie chrabąszczy. Tak, to ćwiartka mojego dzieciństwa pełnego wspomnień. Można do tego dorzucić jeszcze wożenie kota w wózku na mleko, wyczekiwanie na Zajączka z Bacią i codzienne przedkolacyjno-procesyjne wychodne do Byczka po mleko, które było pewnego rodzaju formą wchodzenia na „pudelka”.

Obudził mnie odgłos pralki, nie tam żadnej BECO czy AMICA, tylko rodowitej pralki firmy Frania! Śniadanie? Cudowna słodka chałka z równie słodkim miodem oraz ulubione chipsy Cheetos w formie cebulowych piłeczek footbolowych, które można było nabyć wyłącznie u samochodowego sklepikarza. W porywach zamiast bułki, konsumowało się cebularze pokryte cienką warstwą maku. Żeby móc wybiec z drewnianej chałupy i zaniknąć na cały dzień, pozostało tylko założyć niezobowiązujące ubranie. Niezobowiązujące to znaczy wystarczająco dobre do pokazania się ludziom i jednocześnie idealne do tego, żeby grzebać się w śmietniku w celu poszukiwania szklanych butelek po piwach, by potem wymienić je w Cemencie za całe 50 groszy! … które natomiast dawało przyzwolenie do wejścia do baru i uraczenia się truskawkowo-śmietankowymi lodami na patyku. Do biegu. Gotowi? Start! Pierwszy obrazek po przekroczeniu progu, przy którym stała wspomniana Frania, to klatka ze szczekającym owczarkiem niemieckim- Szarikiem? Który to już z kolei? Trzeci, może piąty. Zafascynowanie dziadka filmem „Czterej pancerni i pies” nie znało granic. Tak samo jak jego znajomość języka francuskiego, ujawniająca się wyłącznie po spożyciu mocniejszych trunków. Żenepardeżerą. Oto jego całkowity zasób słownictwa, który wystarczył na każdą rodzinną imprezę - wigilię i każde inne spotkanie, którego nie można podać za podstawowy przykład abstynencji. Wracając do obrazu psa. Za jego klatką można było jeszcze zauważyć ogrodzenie dla kur i mini kurnik, składający się z drewnianego pomieszczenia, o wymiarach 2x2x2 w których stały dwie skrzynki wypełnione sianem. Bałam się tam wejść, ale pokusa przyniesienia do domu jak największej ilości świeżych kurzych jaj była silniejsza. Mama mamy zawsze przykazywała zostawiać jedno jajko, żeby nioski wiedziały gdzie jest miejsce ich firmy, a czasami także, by obudzić w nich instynkty macierzyńskie. Czasami gdy było to niemożliwe, ale konieczne, nakładało się na taką siedzącą kwokę wiadro.

Zaraz za microkurnikiem pomiędzy stodołą a oborą, które były równie ciekawymi i pełnymi tajemnic miejscami, stał on. Pan Orzech. Schodząc z patosu, był to zwykły niezwykły orzech, który co roku wydawał plony w postaci smacznych orzechów włoskich, które nielegalnie zrywało się nawet, gdy były jeszcze w zielonych łupinach, roztrzaskiwało skradzionym młotkiem i obierało ze skórki, która tymczasowo zostawiała na dłoniach dowody zbrodni.

-Dziadkuuu, bo my chcemy huśtawkę, zrobisz nam? Prosimy!

-Nie męczcie dziadka, on jest zmęczony.

Zatem już wieczorem na jednej z gałęzi owego orzecha widniało zwisające dyndadełko, dające tyle radości i pisków co nie miara. Wystarczyły dwa sznurki do snopowiązałek i jedna wystrugana drewniana deska (którą odwracało się za każdym razem, gdy spadł deszcz, żeby nie siedzieć na mokrej stronie). Przy tym naszym mini miasteczku zabaw, umieszczone były pustaki. Poprzez wydłubywanie ich łyżeczką, dawały wspaniały „cukier puder”, który był jedną z przypraw stosowanych w kuchni zagospodarowanej właśnie na tych pustakach.

Spuszczając się ze smyczy, wychodziło się na JUŻ asfaltówkę, po bokach której wysypany był magiczny proszek, a mianowicie – mieszankę żużlu, piasku i piaskowca. Dzięki ostatniemu z tych składników, pobocze drogi robiło za nadmorskie przybrzeże, na którym można było znaleźć odłamki muszelek.

Domek babci mieścił się we wschodniej części obory – przedsionek (do którego trzeba było wchodzić ostrożnie, by nie zastać babci korzystającej z luksusowej toalety – wiadra) i dwa pokoje. A właściwie pokojokuchnia i pomieszczenie na ubrania i kosmetyki, do którego schodziło się trzy schodki w dół, bo był poniżej poziomu morza. W pierwszym pomieszczeniu oprócz cywilizacyjnych wynalazków, stał jeszcze stół, zasłonięty kotarą, na którym trzymano żywność potrzebującą temperatury poniżej zera. Był on zatem swego rodzaju lodówką, a czasem i zamrażalnikiem, ponieważ w zimie miejsce to nie było ogrzewane. Pomieszczenie nr.2 wypełniał biały kredens, z którego pamiętam szary papier toaletowy, różową kostkę mydła i talerze, a przede wszystkim najwyższą półkę, gdzie znajdowały się łakocie dla najczęstszego gościa tego domu- mnie. Do kredensu przylegał krzywy, także biały taboret, a dalej stół, wielkie łóżko, piecyk i maszyna do szycia, wiecznie przykryta żółto-białą narzutą. Stół był jednak szczególnie ważnym elementem życia codziennego, które się tu toczyło. Stało bowiem na nim radio, zawsze nastawione na stację Radia Maryja oraz magiczne lusterko, które pomimo swojej zwyczajności, budziło we mnie obawy, dlatego też jeśliby na nie chcieć spojrzeć, to wyłącznie tylko na chwilkę. A potem jeszcze raz i znowu, ale bez zachowywania ciągłości w gapieniu się w szklaną taflę. Znad drugiego krańca stołu wychylała się smukła, drewniana szafeczka, nie wiadomo dlaczego, zamykana przez babcię na kluczyk. Na niej były porozkładane bransolety cioci, duży krzyż oraz spodeczek ze wsuwkami do włosów i szpilkami.

- Babciu, zagramy w pokemony?

- Ja nie umiem grać w te diabliska, gdzieś to tak pasuje, żeby taka dziewczynka grała w takie diabły, masz tutaj 50 zł, idź kup sobie w cemencie jakieś chipsy (te z pokemonami), albo lody.

Uwielbiałam przesiadywać tam nocą, gdy babcia nie używała światła, ale w zamian korzystała z woskowych świec, stawianych w miednicę z wodą. Całą atmosferę dopełniały skrzypiące polana w piecyku tzn. kuchence, na której stał mój ulubiony ceramiczny garnek z krową. Łóżko, a raczej łoże, zawsze było dokładnie pościelone, wygładzone i wychuchane. Pierzyna ułożona w tajemniczy dla mnie sposób, imitowała grube, bufiaste oparcie.

Wyszłyśmy przed dom, żeby móc korzystać z cudownej letniej pogody. Pod oknem babcia wyczarowała drewniana ławeczkę i stolik z ceratą. Bałam się pająków korsarzy, ale ona mnie zawsze uspokajała, pokazywała jak skaczą koniki polne, które tak bardzo chciałam oswoić i udeptywała swoimi papuciami trawę, ponieważ była już z wysoka. Pod tym stolikiem schowane były wszelkie urządzenia gospodarcze, z których korzystała do uprawy kolorowego ogrodu – motyka, łopatka ze złamanym trzonkiem i grabki, podobne do tych które miałam w piaskownicy. Kolorowy ogród, do którego już weszłyśmy, był bajecznym miejscem, wypełnionym kolorowymi bratkami. Jeśli ktokolwiek w mojej obecności wypowie słowo „bratek”, to wracam myślami do tamtych chwil, gdy biegałam jak szalona po tym ogrodzie, szukałam nieszczęsnego kreta ryjącego kopce i zaglądałam pomiędzy szpary w drzwiach, zawieszonych pomiędzy jej „domem”, a drugim opustoszałym budynkiem. Tak naprawdę, nie było tam nic nadzwyczajnego. Od taka, sporych rozmiarów toaleta dla kotów oraz miejsce do wylewania zlewek. Ale wtedy o tym jeszcze nie wiedziałam. Przesiadywałyśmy na tej ławce, aż się ściemniało. Zapalone latarnie, to był znak, że czas wyjść z powrotem na asfalt, by móc oddać się pasjonującej grze w zbijanego, czy równie edukacyjnej zabawie „udajemy pijaków”. Zbierały się dzieci z całej wsi i nikt nie miał problemów z porwaniami, jeżdżącymi co jakiś czas samochodami czy późną porą. Gdy krzykami byłyśmy przywoływane do domu, na stole stała już kolacja i telewizor czekał włączony, byśmy mogły skonsumować ową kolację w doborowym towarzystwie bajkowych przyjaciół. Najczęstszym daniem był niesamowity ser biały z własnoręcznie zebraną śmietana i czosnkiem. Za to niebo, można było nawet poświęcić kilka minut zabawy.

środa, 13 czerwca 2018

Boska wizyta

Zapowiadał się zwykły (nie)normalny dzień... Byłam sama. Sama. Spokój. I najpiękniejsza muzyka życia czyli...Cisza. Nikt nie mógł mnie odwiedzić, bo wszyscy, którzy mogliby to uczynić wyjechali...a mimo to usłyszałam pukanie do drzwi.

To Ty Panie Boże? Zapytałam. Wejdź, usiądź, pogadamy. Weszła dziewczyna z teczką. Ze sztuką. Pan Bóg to sztuka. Sztuka jest boska. Obrazy, obrazy, wydrapywane w wosku piękne. Na jednym z nich widzę Ciebie. Choć ona mówi, że nie, przecież to starzec! Ale ja widzę. Czyni mi przyjemność ekspozycji, układa je na moim łóżku. Wiem, że będzie mi chciała je sprzedać za „bardzo niską cenę”... a w mojej duszy (s)pokój. Kiedy po półgodzinnej przerwie chce mi je wcisnąć, ze spokojem mówię, że odkąd weszła opowiadała o tym, że chce mi je tylko pokazać, tylko dać się poznać. I odpowiadam jej, że czuję się oszukana, że poświęciła dla mnie czas, a teraz czuję się w obowiązku jej coś dać. Ale mam pokój, bo wiem, że to Ty pozwoliłeś mi się skonfrontować ze złością, z uprzedzeniem, z rasizmem intencjonalnym. Dziękuję jej, żegnamy się i wychodzi, uśmiechnięta wychodzi. A ja uśmiechnięta zostaję z Tobą i dziękuję Ci za Twą kolejną niespodziewaną wizytę.