Co
mi daje cierpienie, kiedy nie widzę sensu w tym cierpieniu?
Żeby
odpowiedzieć sobie na pytanie CO MI DAJE CIERPIENIE, trzeba się
zapytać czym to cierpienie jest. Dla mnie cierpienie jest
równoznaczne z NIEZGODĄ na zaistniałą sytuację. Cierpienie jest
buntem. Kiedy mnie ktoś rani- cierpię, dlatego, że NIE CHCĘ, żeby
ten ktoś to robił. Kiedy boli mnie głowa- cierpię, bo nie chcę
przyjąć stanu, w którym znajduje się moje ciało. Kiedy brakuje
mi pieniędzy, siły, wiary, miłości- cierpię, bo nie chcę, żeby
tak było. Brak akceptacji. Podejście do sytuacji, z którymi chcemy
się zgodzić i je negujemy, nic nam nie daje. Zaprzeczanie i
ucieczka od tego co JEST, i walczenie o to, by było inaczej nie ma
sensu. Jest natomiast inny sens cierpienia, który polega na
podejściu do sytuacji i PRÓBIE akceptacji. Nie zawsze się udaje,
ale chodzi o sam akt woli, który mówi: nie potrafię tego zmienić,
nie mogę tego zmienić, akceptuję, że tak jest i pozwalam sobie
CZUĆ BÓL i wszystkie inne emocje związane ze stanem, w którym się
znajduje. Takie cierpienie ma sens, bo pozwala wzrastać i dojrzewać,
a także paradoksalnie zwiększa szanse na zmianę owej sytuacji, niż
wtedy, gdy ją negujemy. A nawet jeśli zmiana sytuacji jest
niemożliwa, cierpiący może wyciągać z lekcji życia nauki dla
siebie, pogłębiać swoje „ja”, stawać się kimś więcej i nie
identyfikować się z cierpieniem tj. nie jest już ono mną, ale
jest częścią mojego życia.
Dlaczego
jedni ludzie cierpią bardziej, a inni mniej?
Według
mnie najbardziej cierpią ci, którzy negują swoją sytuację i chcą
ją odrzucić. Można również na to pytanie spojrzeć z szerszej
perspektywy np. dlaczego jeden człowiek jest chory na chorobę
śmiertelną, a drugi tylko na grypę? Odpowiedź nie jest oczywista
i podlega wielu dywagacjom, ale trzeba się zapytać jakie są źródła
cierpienia. Mi wydaje się, że są dwa. Cierpienie możemy zadawać
sobie sami, bądź inni ludzie nam: świadomie bądź nie. Dodatkowo,
trzeba wziąć pod uwagę, że każde ludzkie zachowanie wywiera
wpływ na innych. Stąd też przykład z chorobami. Choroby są
„wytworem” ludzkim. Wzięły się z sposobu istnienia i działania
człowieka w środowisku. Jeśli jakiś ogrodnik pryska swoje warzywa
i owoce nawozami szkodliwymi dla zdrowia, oczywistym jest, że
będzie przez to wpływał na swoich klientów. Brak równowagi w
cierpieniach różnych ludzi wynika zatem z faktu, że każdy z nas
jest otwarty na różne wpływy, a także w różnych stopniach
ranimy sami siebie.
Dlaczego
dla większości ludzi łatwiej jest cierpieć "dla kogoś"?
Łatwiej
jest cierpieć dla kogoś, bo to nadaje sensu temu cierpieniu.
Niektórzy ludzie, nie potrafią go znaleźć w sobie, dlatego
przerzucają to na drugie osoby. Dzieje się tak zwłaszcza w
przypadku, gdy cierpiąca osoba kocha tę drugą i chce cierpieć,
wierząc, że jest to jeden z objawów miłości.
Jakim
cudem cierpienie może być strefą komfortu?
Nie
spotkałam się nigdy z takim stwierdzeniem, aczkolwiek domyślam się
o co może chodzić. Według mnie cierpienie jest strefą komfortu,
wtedy gdy samo wyjście z owego cierpienia wymaga od człowieka
stanowczej zmiany, podjęcia decyzji i wzięcia odpowiedzialności za
to, co się dzieje. Wielu ludzi po prostu woli pozostać w bólu. Np.
w domach, w których panuje przemoc, kobieta decyduje się na
cierpienie, które w tym wypadku jest jej sferą komfortu i nie
potrafi podjąć decyzji i porzuceniu partnera, gdyż to wymaga od
niej stanowczości i wzięcia odpowiedzialności za całą sytuację
tj znalezienie innego lokum, bądź wyrzucenie partnera,
zaopiekowanie się dziećmi i ich przyszłością. Dodatkowo łączy
się po z poprzednim pytaniem, gdyż wiele kobiet mówi, że „cierpią
dla swoich mężów”, gdyż ci drudzy by sobie bez nich nie
poradzili.
Czemu
niektórzy ludzie cierpią tak mocno, że popełniają samobójstwo?
Dzisiaj
właśnie we Wrocławiu popełnił samobójstwo jeden człowiek,
wchodząc na słup wysokiego napięcia i zrzucając się z niego.
Chwilę nad tym medytowałam i doszłam do wniosków... że musiał
bardzo cierpieć bezsensownie, czyli nie zgadzać się na swoją
sytuację. On odpychał swoje wnętrze, uczucia, nie chcąc ich.
Zanegował siebie i swoje istnienie. Niestety nie udało się go
uratować, choć całe miasto stanęło na jakiś czas. Być może
jego cierpienie było pustką? Może już nie czuł wcale żadnych
emocji i tak bardzo pragną poczuć cokolwiek.
Jak
wyglądałaby radość i przyjemność, gdyby nie było cierpienia?
Radość
i przyjemność nie są antonimem do cierpienia. Można być
szczęśliwym człowiekiem i cierpieć. Można cierpieć i odczuwać
przyjemność. Myślę wręcz, że połączenia pomiędzy tymi
stanami są dosyć małe... i śmiem twierdzić, że brak cierpienia
wcale nie oznacza radości, szczęścia. Cierpienie natomiast nie
jest brakiem szczęścia, ale jak już wcześniej wspomniałam, jest
walką ze swoją obecną sytuacją.